Rzeźniczek – 28 KM Górskiej Przygody!

Na Rzeźniczka zapisałam się dzięki koleżance Marzenie. To Marzenka wysłała mi o 4 rano smsa „Iza, ruszyły zapisy na Rzeźniczka. Szybko, zapisuj się”.

O Rzeźniczku dowiedziałam się 3 lata temu, kiedy to moja biegowa koleżanka Magda wzięła w nim udział. Wcześniej, nigdy o nim nie słyszałam. Wszystkie opowieści o tym biegu wydawały mi się takie niesamowite, a osoby, które go przebiegły były dla mnie wzorem. Biegać po górach to musiało być piękne!

Zielone połoniny, piękne, górskie krajobrazy to byłoby dla mnie kolejne wyzwanie! Pomyślałam

Wkońcu nadszedł ten czas. Jesteśmy w Bieszczadach. Pierwszego dnia zdobywam Tarnicę (1346 m.n.p.m.), najwyższy szczyt Bieszczad. Drugiego dnia docieram do Chatki Puchatka pod wierzchołkiem Hasiakowej Skały, stamtąd przez Połoninę Wetlińską na Osadzki Wierch i z powrotem.

Trzeciego dnia zdobywam Małą Rawkę , Dużą Rawkę i docieram szlakiem przy granicy pod Krzemieniec. Szlak na Małą Rawkę był tak hardcorowy, że naprawdę zwątpiłam, czy na drugi dzień będę miała siły na Rzeźniczka. W ciągu 3 dni miałam 30 km na koncie. Niby nie dużo, ale obawy miałam czy podołam i czy dotrę do mety.

Jednak pomyślałam, że specjalnie tu przyjechałam, żeby pobiegać w Bieszczadach i wkońcu udało mi się zapisać na wymarzony bieg więc poprostu spróbuję. „Najwyżej jeśli nie wyrobię się w limicie to zejdę z trasy na 16km”. Bardzo chciałam to przeżyć.

VII Rzeźniczek, czyli Mały Bieg Rzeźnika 2 czerwca 2018r.

Pobudka godzina 5:00

Wstajemy z mężem. Przygotowuję śniadanie. Zamiast bułki z dżemem zjadam chleb z żółtym serem i pasztetem z cieciorki. Jak się potem okazuje to był błąd!

Po śniadaniu pakuję potrzebne rzeczy i ruszamy do Cisnej. Docieramy w ciągu 10 minut na parking.

Idziemy pieszo na stację bieszczadzkiej kolejki. Zbiera się spora grupka startujących. Wkońcu zauważam Marzenę i Łukasza „Biegające Żabcie”. Rozmowa z nimi sprawia, że stres troszeczkę odpuszcza.

Nagle mąż widząc, że inni biegacze mają przy obuwiu czipy, pyta czy ja mam swój?

O kurcze został w aucie. Szybko biegne po chip. Dobrze, ze parking był blisko. Biegusiem wracam, zakładam chipa i okazuje się, że już podjeźdża kolejka. Jest godz. ok. 6:40. Tłumy wsiadają do wagoników. Ruszamy!

Wiem, że zaczyna się moja górska przygoda 🙂

Jestem podekscytowana a jednocześnie, nie wiem co mnie czeka.

Dojeżdżamy kolejką do Solinki, tak naprawdę to wysiadamy w szczerym polu. Idziemy w stronę startu. Jak dobrze, że stoją toi toi. Trzeba zrobić siusiu przed, żeby w trasie nie było problemu.

Obowiązkowo fotki przed startem z Biegającymi Żabciami 🙂

Czuję, że mam wzdęty brzuch, momentami jakby kolka. Tragedia! Pierwszy raz tak się czuję przed biegiem! A śniadanie jadłam 3 godziny wcześniej.

Może w trakcie brzuch odpuści???

Rozgrzewka i ruszamy!!!

Trasa biegu prowadzi początkowo drogą szutrową przez około 2km. Już po pierwszym kilometrze czuje, że nogi mam ciężkie i w myślach zaczynam żałować, że trzeciego dnia poszłam w góry. Zazdroszczę tym, którzy mają kijki. Nie wiedziałam, że są dozwolone. Może by mi pomogły? Trudno, już jest za późno trzeba biec, żeby zmieścić się w limicie. Po 2 km biegniemy drogą polną (ok. 500m) do pasma granicznego. Po drodze trzeba się przedostać przez przewalone drzewo. Na szczęście przede mną biegł dżentelmen. Odgarnął mi gałąź i podał chyba rękę. Zaczęłam podejrzewać, że może być takich przeszkód więcej. Po skręcie w lewo biegniemy niebieskim szlakiem granicznym, aż na szczyt Okrąglik (1101m). Kurcze podbieg za podbiegiem a zbiegów tyle co nic. Po godzinie mam na koncie 6 km. Kalkuluję w głowie czy zdążę przed 3,5 godzinami na punkt kontrolny na 16 km.

Mijają 2 godziny, pytam biegnących przede mną, który mamy kilometr. Okazuje się, że 12 km. Myślę, nie jest źle, dobiegnę do tego 16 km w limicie.

Docieram do punktu odżywczego w okolicach 16 km po 2,5 godzinie. Tam istny raj! Truskawki, pomarańcze, gorzka czekolada, paluszki, żelki, woda, izotoniki i cola.

W bukłaku czuję luz więc proszę o dolanie wody. Wolontariuszami są dzieci, ale naprawdę są bardzo zaangażowani. Uzupełniam wodę, łapię 2 truskawki, gorzką czekoladę i 5 żelków.

Wysyłam smsa mężowi: „Jestem na 16km, wszystko ok, powinnam dobiec”.

Sięgam po jeszcze 3 żelki i słyszę głos Organizatora: „Laska, ładną masz spódniczkę, ale śmigaj dalej” ponaglał mnie. I nie pozostało mi nic, tylko biec dalej.

A tu na wstępnie cholerny, długi podbieg. Podbiegi są moją najgorszą stroną, więc krok po kroku dreptałam mobilizując się w myślach bardzo „Iza byle do przodu, pomału, ale do przodu”.

Wkońcu największy podbieg pokonałam i wtedy zmusiłam się do biegu. Trasa naprawdę nie była łatwa. Szlaki ciągle usiane były korzeniami i wystającymi, ostrymi kamieniami. Pierwszy raz w górach biegłam po tak wymagającej drodze. Nawet jak zbiegałam z Morskiego Oka bocznymi szlakami czy z Nosala to tam kamienie są duże i daje się skakać z kamienia na kamień a tu taka ostra drobnica i te wystające korzenie. Nie raz się potykałam a to o kamień a to zahaczyłam o korzeń. Dlatego biegłam wolno. Wiedziałam, że każdy błąd może zbyt wiele kosztować. Chciałam dotrzeć do mety cała, bez kontuzji. Czas nie miał dla mnie większego znaczenia. Starałam się utrzymać jednostajne tętno.

Na 20 km zatrzymuję się i proszę o zrobienie fotki. Jestem pełna optymizmu. Zostało już tylko 8km. Meta już bliżej niż dalej.

Biegniemy połoninami. Nawet nie dostrzegam napisów z nazwami szczytów. To ze zmęczenia. Wiem jednak, że na Okrągliku pożegnaliśmy się z niebieskim szlakiem i skręcaliśmy w lewo w kierunku Cisnej. Czerwonym szlakiem podbiegaliśmy na Jasło (1153m n.p.m.), na Szczawnik (1098m) i na Małe Jasło (1097m), następnie podziwiając widoki zbiegaliśmy do Cisnej, aż do mety w pobliżu stadionu Orlika.

W pamięci najbardziej utkwiły mi ostatnie 3 km. Przed 13:00 wysłałam mężowi smsa, że za 3 km dotrę. Nie spodziewałam się, że te 3 km to będą jeszcze 2 podbiegi i najgorszy zbieg!

Kocham zbiegi to mój żywioł, ale ten zwyczajnie nie dało się zbiec. Ryzyko kontuzji na maxa. Przede mną jeden biegacz przewrócił się i uderzył łokciem. Od razu zwolniłam. Potem był moment, że przebiegaliśmy w lesie przez jakąś drogę asfaltową tak 1,5 km do mety. Na 300 metrów przed finiszem były strasznie drobne, strome schodki ale doping wolontariusza tak bardzo motywował, że nie były tak straszne. Gdy mijałam go podziękowałam, za doping, bo to bardzo pomaga. Jestem pewna, że na drugi dzień chłopak stracił głos.

Wkońcu słychać kibicujących i muzykę. Wiem, że to już blisko. Biegnę przez mostek nad potokiem, tłumy dopingują, słuszę „Izunia już zaraz meta”, potem Kasia woła „Gratulacje, Iza” odpowiadam z uśmiechem „Tobie również gratuluję” i jeszcze kilka metrów i wpadam na metę.

Zatrzymuję się i czuję zmęczenie. Nogi w sumie nie bolą. Czuję tylko zmęczenie. Siadam i wzrokiem szukam męża. Wkońcu jest. Idziemy na lody a potem na obiad…

Jest co świętować! Wkońcu zrealizowałam kolejne marzenie 🙂

 

#rzezniczek #festiwalbiegurzeznika #bieszczady #biegigórskie #biegampogórach #bieganie #góry #mountainrunning

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *