Moja relacja z Biegu 7 Dolin 34 km.

Pora wrócić do blogowania!

Mam nadzieję, że jak już z powrotem po lecie się rozpiszę to będziecie zaglądać do mnie częściej 😉

Dziś pragnę podzielić się z Wami moimi wrażeniami z Biegu 7 Dolin na dystansie 34 km.

Zacznę może od początku. Po Rzeźniczku czyli po moich 28 km w górach, czułam się tak dobrze, że od razu zaczęłam planować kolejny bieg górski z większym przewyższeniem i ciut dłuższym kilometrażem.

Nogi po Rzeźniczku były lekko zakwaszone. Bieg ukończyłam bez żadnych dolegliwości, bez kontuzji a to cieszyło mnie najbardziej. Skoro bez specjalnego przygotowania (hm czy jeśli biega się systematycznie od ponad 4 lat to można mówić o braku przygotowania haha Chyba nie ;-)) dałam rade przebiec 28 km z 1400 m przewyższenia, nabrałam pewności, że dystans powyżej 30 km też jest w moim zasięgu. Bo niby dlaczego nie?

Patrzę w kalendarz. Zaraz wakacje a potem na początku roku – Festiwal Biegowy w Krynicy i Bieg 7 Dolin opcja 34 km z przewyższeniem +1720 / -1530 m wydaje się być odpowiednim wyzwaniem.

Wstępnie umawiam się z koleżanką, że razem szukamy noclegu. Temat w trakcie wakacji ucicha. Nagle okazuje się, że znalazła nocleg ze znajomymi. W takich okolicznościach muszę podjąć decyzję, że nie jadę bo koszt noclegu dla 1 osoby/noc przekracza moje możliwości.

Niespodziewanie w Dniu moich Urodzin, 29 sierpnia, koleżanka pisze, że 1 osoba z ich grupy ma kontuzję i zwolniło się miejsce noclegowe. Mogę pojechać z nimi.

Wtedy śmiało kupuję pakiet i zaczynam odliczać dni do wyjazdu.

Jest 8 września 2018 roku.

O 4 rano pierwsza budzi się Magda. Słyszę przez sen jak krząta się po pokoju. Budzę się, żeby życzyć jej powodzenia nim wyjdzie. Magda jest już ubrana w wianku i tiulowej spódniczce, w pełnym ekwipunku. Wstaję, daję jej solidnego kopniaka na szczęście. Odwzajemnia mi kopniaka, życzymy sobie powodzenia i do zobaczenia na mecie!

Druga w kolejności wstaje Ula, która startuje w nordic walking rozgrzewkowo przed niedzielnym Runkiem 22 km. Wspólnie jemy śniadanie. Gdy wychodzi mam godzinkę czasu na wyszykowanie się. Niby wszystko przygotowałam dzień wcześniej, ale muszę spakować wszystkie niezbędne rzeczy do plecaka. Pakuję mapę Beskidu Sądeckiego. Tak naprawdę idę w ciemno. Jestem po raz pierwszy w Krynicy i kompletnie nie znam tutejszych gór 😉

Sprawdzam jakie są limity. Plecak wydaje się obładowany po napełnieniu bukłaka wodą 1,5 l z tyłu i do dwóch flasków z przodu po 0,4 l. Pakuję żele, plastry, folię NRC. Biorę czołówkę, bo Organizator napisał, że ok. 18:00 w lesie może być już ciemno. Matko! Jaki ten plecak ciężki! Trudno, wolę mieć niezbędne rzeczy, bo jak przyjdzie mi biec długo samej to kto mnie poratuje wodą, żelem czy czymkolwiek? W takich sytuacjach trzeba zawsze liczyć na siebie.

Wcinam śniadanie. Białą bułkę z dżemem i mozarellą 😉 Pierwszy raz przed startem muszę lecieć do kibelka. Mozarella mnie pogoniła J Na wszelki wypadek zjadam gorzką czekoladę. Próbuję ją spakować do plecaka, przecież Magda radziła żeby zabrać. Ach, jak słońce przygrzeje rozpuści mi się i ubrudzi cały plecak. Jednak zostawiam ją, przyda się po biegu 😉

O 9:30 odjeżdżają autokary na start do Piwnicznej. Muszę się spieszyć, bo wychodzę o 15 minut później niż planowałam. Docieram na miejsce zbiórki i stoją już 3 autokary. W pierwszym są jeszcze miejsca więc decyduje się i wsiadam. Nie ma na co czekać. Ahoj Przygodo!

Autokar ruszył a my jedziemy i jedziemy. Minęło 30 minut podróży. Na moje oko widać ładne góry, to powinno być już tu. Jednak w Piwnicznej jesteśmy po 40 minutach. Myślę sobie „Niezły kawalek trzeba wracać do Krynicy”. Obym dała rade. Wraz z tłumem podążam na start. Biegną ultrasi z 100 i 64 km. Wypatruję Madzi. Wkońcu się doczekałam. Madzia jest dużo wcześniej niż mówiła. Miała mnie gonić, a teraz to ja będę gonić ją. Ale i tak nie mam szans, bo ona już poleciała, 50 minut wcześniej przed moim startem.

Na szczęście czas mi się nie dłużył. Na starcie spotkałam Ize. Zawsze to miło spotkać kogoś znajomego i móc porozmawiać. Robię się głodna. Zjadam 2 batoniki zbożowe, które były przeznaczone na przekąskę w trakcie biegu.

Czuję dreszczyk pozytywnych emocji. Jestem szczęśliwa, że tu jestem. Wiem, że czeka mnie nie lada wyrypa a zarazem wspaniała przygoda.

11:30 Start na 34 km.

Najpierw wbiegamy na most, na którym kibicują dzieci. Ale tuż za mostem już lecimy w górę po płytach betonowych. I jak się okazuje to będzie dłuższy podbieg. Postanawiam, że rozkładam kijki. Ktoś mi wpada po jeden kijek, przy czym obrywam ostrzem w śródstopie. Przez chwilę czuję ból. Na szczęście skupiam się na podbiegu i zapominam o dyskomforcie. Z każdym metrem jakby się rozgrzewam. Zachmurzenie ustępuje i zaczyna wychodzić słoneczko. Myślę sobie, mogłoby sobie trochę darować.

Po dlugim podbiegu wbiegamy na otwartą przestrzeń a potem zaczyna się wąski zbieg najpierw lasem a potem bardziej stromy i kamienisty aż do zabudowań. Na zbiegu łapię fazę. Daję się ponieść. Frunę!

Ufam sobie, że nic się nie stanie. Jestem w swoim żywiole.

Przebiegamy przez drogę i biegniemy dalej. Wszyscy równo jeden za drugim. Jesteśmy w Łomnicy-Zdrój. Pora na kolejny podbieg. Z tego odcinka 3-10 km nic szczególnego nie zapamiętałam. Około 10 km biegło się już ulicą z Wierchomli Wielkiej do punktu żywieniowego na 12 km. Pamiętam mijające nas auta. Wkurzało mnie to, że kierowcy liczyli na to, że my staniemy i im ustąpimy. Śmieszne! Lepiej niech by wysiedli z aut i się przebiegli trochę po górach, wtedy wiedzieliby o co kaman.

Było lekko pod górkę. Po prawej stronie był sklep, a po drugiej dom, gdzie gospodyni powystawiała miski z wodą, żeby biegacze mogli się ochłodzić i butelki z wodą do picia. Od razu serce rośnie, gdy się widzi, że ktoś rozumie nasz wysiłek, nie krytykuje a pomaga w taki ludzki sposób.

Niby punkt spożywczy tuż tuż ale jak się za chwilę okazuje nie zawsze są siły żeby z niego skorzystać.

Właśnie biegłam tak sobie i biegłam i chyba wpadłam w jakiś trans, bo zupełnie zapomniałam o przyjęciu żelu. Pamiętałam rady Pana z Expo w Bieszczadach, żeby brać żel co 40-45 minut. A to już minęła godzina i 15 minut! od przyjęcia ostatniego żelu.

Do samego punktu biegło mi się naprawdę dobrze. Momentem krytycznym stał się fakt, gdy zatrzymałam się przy punkcie. Wyobraźcie sobie, że nie byłam w stanie podejść do stołów zobaczyć co tam dobrego przygotowali. Jak stanęłam tak nagle opadłam z sił. Stałam bo myślałam, że zaraz przejdzie a robiło się coraz gorzej. Tętno nagle skoczyło! Jakbym serce miała w gardle. Mroczki przed oczami. Myślę: Co się kurcze dzieje? Nigdy nie miałam czegoś takiego. Chciałam się napić wody ale nie, nie byłam w stanie. Zaczęłam mówić sama do siebie: „Co mi jest? Mam nadzieję, że to nie zawał?” Na punkcie spotkałam Magdę. Podała mi 2 Dextrozy a po nich wzięłam żel. Po kilku minutach jakby lepiej. Magda mówi, że już leci dalej i zabieram się z nią. Biegniemy razem asfaltem w górę na Małą Wierchomlę. Znowu tracę siły. Magda proponuje, żebym się wróciła a jesteśmyt już km od punktu. Mówię zdecydowanie: „Nie, nie wracam”. Przystaję na chwilę, opieram się o kije i zła na siebie stwierdzam „Muszę chwilę odpocząć, bo nie mam siły”.  Magda decyduje, że leci dalej. Na szczęście dogania mnie Iza i przeczekuje ze mną mój spadek energetyczny. Jestem Ci bardzo wdzięczna Izuniu! <3 Nie macie pojęcia jak to dobrze, że ktoś jest obok Was gdy Wam źle, gdy sami nie wiecie czy za chwilę może być tak źle, że będziecie potrzebować pomocy ratownika. Wkońcu kryzys odpuszcza. Gdy czuję się lepiej pokonuję podbieg z kijkami.  Dalej biegnie się wzniesieniami i w pewnym momencie ktoś cyka fotki.

Super, bo dzięki temu mam choć jedną, piękną pamiątkę z tego biegu 🙂

Wkońcu zaczyna się długi, stromy i kamienisty zbieg. Od nowa zaczynam cieszyć się tym biegiem. Musze trochę nadrobić to co straciłam na podbiegach J Mknę jak kozica, przynajmniej próbuję. Niesie mnie, ach jak mnie niesie! Moje nogi już nie nadążają, więc zaczynam zbiegać slalomem tracąc trochę na prędkości. Trudno, zbiegi zbiegami, uwielbiam je!, ale bezpieczeństwo zawsze na pierwszym miejscu. Nie odpadnę przez brawurę w połowie biegu, o nie!

Za zbiegiem pojawiają się turyści, którzy kibicują z entuzjazmem. Oj gdyby tak na całej trasie tak kibicowali to by było fajnie. Biegniemy koło tartaku a potem szlakiem lekko pod górkę do Schroniska Bacówka nad Wierchomlą. Jest 18-19 km zrywa się wiatr, nadciągają ciemne chmury i już wiem, że będzie padać. Zastanawiam się przez chwilę czy wyciągać kurtkę. Stwierdzam, że temperatura mi odpowiada a gdy założyłabym kurtkę tylko bym się przegrzała. Widzę, że inne biegaczki ubierają kurtki przeciwdeszczowe a tu spada zaledwie kilka kropel. Chmury poszły chyba bokiem a zapowiadało się na solidną ulewe. Za kilka minut jednak zaczyna padać deszczyk, ale jest tak przyjemnie. Orzeźwiająco. Co kilkaset metrów patrzę z nadzieją na zegarek i już widzę tę moją drożdżówkę na punkcie żywieniowym przy schronisku. Nagle mija mnie wóz zaprzężony w konie z gośćmi weselnymi. No pięknie, my tu zasuwamy a inni się będą bawić. Ale kontrast!

Truchtam pod górę i podziwiam widoki. Delektuję się zapachem lasu i odgłosem potoku górskiego. Chciałabym się zatrzymać, ale nie, nie robię tego, bo w myślach cały czas przewija się żeby zmieścić się w limicie czasowym.

Jest 22 km i Schronisko z punktem żywieniowym. Dopadam do stołu i pytam z radością „Czy są drożdżówki?” i słysze odpowiedź: „Już się skończyły!”

Nie wierze! Nie biegnę w ostatniej fali, jestem na 22 km dwie godziny przed limitem a oni mówią, że drożdżówek nie ma!?

Myśl, która mobilizowała mnie od 16 km, aby biec nagle okazała się bez pokrycia.

Trudno, musiałam zadowolić się swoim napojem proteinowym o smaku mokka. Na punkcie ponownie spotkałam Izę.

Potem rzuciłam się na arbuzy. Ależ one smakowały! Yhm… Niestety roje os odstraszały okrutnie. Pilnowałam się bacznie, żeby przypadkiem nie zjeść kawałka z osą.  Jadłam i zaczęło mi się robić zimno. Wciąż padało. Nagle zobaczyłam dwa ostatnie kubki gorącej herbaty. Jeden ktoś mi zwinął sprzed ręki w ostatniej chwili ale drugi ostatni był już mój 😉

W domu prawie w ogóle nie piję herbaty, a ta tu smakuje jak rarytas! Zwykła herbata z cukrem rozgrzewa i dodaje energii.

Pora biec dalej myślę, zabieram kijki i ruszam w kierunku Runka (1080). Biegniemy przez las. Deszcz zaczyna padać mocniej. Nie chcę tracić czasu na wyjęcie kurtki i założenie jej. Biegnie mi się całkiem dobrze. Trzeba uważać na wystające korzenie.

W pewnym momencie doganiam dziewczynę. Biegniemy przez jakiś czas razem i rozmawiamy. Ona biegnie 64 km, bez kijków. Mówi, że bolą ją już nogi. W pewnym momencie pojawia się zbieg. Mówię, że teraz będzie z górki i można biec szybciej, wtedy gubię ją. Jest dość wąsko. W lesie zaczyna się ściemniać. W myślach obliczam ile czasu może mi zająć pokonanie ostatnich kilometrów.

Wiem jedno chcę dotrzeć na metę zanim zrobi się ciemno. W pewnym momencie z lasu wpada się tuż pod wyciąg krzesełkowy. Dalej biegnie się jeszcze kawałek przez las.  Słyszę myzykę co znaczy, że do mety już blisko 😉 Trasa zbiega się przy ogrodzeniu wprost na osiedle a tam już chodnikiem w dół, potem zakręt w lewo i już jestem na ostatniej prostej. Nagle słyszę głos: „Iza, biegnij”, potem „Iza, Iza….” Przed metą spiker zapowiada, że wpadam na metę a ja wcześniej unosze triumfalnie kijki do góry i gnam co sił w nogach, z uśmiechem na ustach, prosto do mety.

I to już koniec. Koniec tego całodziennego biegu. Szczerze już chciałam, żeby się skończył.

Teraz pozostała już najprzyjemniejsza część – świętowanie! 🙂

#Bieg7Dolin #FestiwalBiegowy #Krynica #BeskidSądecki #biegigórskie #start #34km #góry #biegamwgórach #trailrunning #mountainrunning

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *